Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Lawasz, kindzal i dywany - Kolejna witryna oparta na WordPressie Lawasz, kindzal i dywany - Kolejna witryna oparta na WordPressie Lawasz, kindzal i dywany - Kolejna witryna oparta na WordPressie

14.03.2019
czwartek

Spokojnie, to tylko ćwiczenia. Azerbejdżan szykuje się do wojny?

14 marca 2019, czwartek,

10 tys. żołnierzy Azerbejdżanu rozpoczęło dwa dni temu wielkie manewry – w warunkach zbliżonych do sytuacji na karabachskim froncie. W ćwiczeniach biorą udział wszystkie rodzaje wojsk i wiele rodzajów broni, w sumie kilkaset czołgów, dział, wyrzutni rakiet itp. W tym białoruskie systemy „Polonez” i izraelskie „Lora” – te ostatnie są w stanie niszczyć cele w odległym od frontu Erywaniu (mają zasięg 300 km, „Polonezy” – 200 km, ale ponoć są też w Nachiczewaniu, czyli blisko stolicy Armenii). A także rosyjskie czołgi, które są produkowane na eksport, bo armia rosyjska nie może sobie na nie pozwolić. Armenia nie dysponuje żadnym uzbrojeniem tej klasy. Program ćwiczeń zakłada szybkie przełamanie obrony przeciwnika i likwidację grup oporu.

Komentatorzy, których pytał portal Kawkazkij uzel, są zdania, że to forma presji Azerbejdżanu na Armenię i wyraz zniecierpliwienia, że w sprawie negocjacji nie ma żadnego postępu. Jeden z nich podkreślał, że w Azerbejdżanie wśród społeczeństwa jest przyzwolenie na wkroczenie na wojenną ścieżkę.

Z drugiej strony, mówią inni, takie ćwiczenia musiały być przygotowywane od dawna, ostatecznie też naturalne jest, że ćwiczy się w warunkach, które najbardziej odzwierciedlają potencjalny konflikt. A przecież Azerbejdżan nie zamierza walczyć np. z Turcją, to konflikt o Karabach jest wciąż nieuregulowany i trwa tylko kruche zawieszenie broni. Wszystkie armie czasem ćwiczą i zawsze jest to okazja, by napiąć muskuły.

Całkiem niedawno Ilham Alijew i Nikol Paszinjan przyjęli delegację mińskiej grupy OBWE, która proponuje obu liderom oficjalne spotkanie (wcześniejsze spotkania, np. w Davos, miały tylko nieoficjalny charakter). Alijew nie ryzykowałby międzynarodowego blamażu, gdyby chciał znienacka zaatakować przeciwnika.

O pomysłach Paszinjana, jak rozwiązać konflikt, które ponoć są, ale jeszcze nic prawie o nich nie wiadomo, pisałem tu kilka dni temu. Tak więc manewry, choć planowane już dawno, mogą być sygnałem dla Paszinjana w stylu: pospiesz się, bo tracimy cierpliwość.

Akurat w tym samym czasie, gdy azerbejdżańscy chłopcy ćwiczyli atak na Ormian, Paszinjan udał się do Stepanakertu, stolicy Górskiego Karabachu, aby wziąć udział we wspólnym posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Karabachu i jej armeńskiego odpowiednika. Była to oczywista próba zademonstrowania jedności. Nie jest tajemnicą, że obecne władze Karabachu, zblatowane od lat z poprzednim reżimem w Armenii, przyjęły zmianę władzy tam jako zagrożenie dla siebie – poprzedni liderzy Armenii wywodzili się wprost z Karabachu i trzymali sztamę z obecnymi władzami w Stepanakercie. Po zwycięstwie rewolucji w Armenii nie brak było głosów, że teraz czas na Karabach: na przywódców tego nieuznanego państwa padł blady strach.

Sam Paszinjan musiał studzić te rewolucyjnej nastroje, ale jest tajemnicą poliszynela, że nie lubi Bako Saakjana i innych karabachskich polityków. A ponieważ Paszinjana postrzega się trochę jako wychowanka Lewona Ter-Petrosjana, który gdzieś tam na zapleczu rewolucji się kręcił, wszyscy obawiali się, że będzie chciał wcielić w życie pomysły pierwszego prezydenta Armenii, by oddać Azerbejdżanowi tereny okupowane (nie są one częścią Karabachu, ale dla Armenii są niczym fosa czy bufor bezpieczeństwa). Paszinjan więc musiał głośno zaprzeczać, że żadnego targu „ziemia za pokój” nie będzie. Im bardziej zaprzeczał, tym bardziej w Azerbejdżanie brało górę przekonanie, że przy użyciu dyplomacji, negocjacji, pośredników tych okupowanych ziem się nie odzyska.

W Stepanakercie Paszinjan powiedział to, co mówi od dawna – w proces pokojowy musi być włączony Górski Karabach, Armenia nie może reprezentować obywateli Górskiego Karabachu, ponieważ oni w swoich wyborach wybierają własnych przedstawicieli, czyli władze Karabachu. Władze Armenii zaś reprezentują tylko obywateli Armenii. Paszinjan zapewnił jednak, że nie oznacza to, iż Armenia chce zrzucić odpowiedzialność za konflikt na Karabach – na zasadzie „radźcie sobie sami”. „Republika Armenii była, będzie i pozostanie gwarantem numer jeden bezpieczeństwa Karabachu i będzie brała udział w pokojowym procesie” – mówił wczoraj Paszinjan w Stepanakercie.

Paszinjan sporo ryzykuje, Ilham Alijew nie chce słyszeć o włączeniu Karabachu do negocjacji, powiedział o tym wyraźnie dziś, dodał też, że status quo też jest nie zaakceptowania. Także przedstawiciele Mińskiej Grupy dali do zrozumienia, że na razie nie będzie z tym lekko, bo zmiana formatu negocjacji wymaga zgody Azerbejdżanu, a tej nie ma. Dla Azerbejdżanu sytuacja, w której Alijew mówi to co mediatorzy, a stolik negocjacyjny się przewraca z powodu Paszinjana, to idealny prezent. Nowa władza w Erywaniu może potknąć się na kwestii Karabachu – jeśli za coś ją się krytykuje (poza podwyżkami, kilkoma nieudanymi nominacjami i premiami, jakie przyznali sobie niektórzy urzędnicy na koniec 2018 r., likwidacją kawiarni przy akademickim teatrze i operze w Erywaniu), to właśnie za „rozhuśtanie” sytuacji wokół Karabachu. Poprzednie władze od początku twierdziły, że Paszinjan „sprzeda Karabach”, i tylko czekają na potknięcia.

Sytuacja międzynarodowa też jest skomplikowana. Rosja wciąż nie ufa Paszinjanowi i może nigdy mu nie zaufać, ciągle daje sygnały wsparcia ludziom byłej władzy i właśnie wspólnie ćwiczyła na Morzu Czarnym z Turkami, sojusznikami Azerbejdżanu. Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (zmontowane przez Rosję anty-NATO) chwilowo jest pogrążone w sporach, m.in z powodu Armenii, o wybór następnego sekretarza generalnego. Armenia uważa, że to stanowisko należy się jej, Białoruś lansuje swojego kandydata. Zresztą układ ten nie dawał żadnej gwarancji Armenii, skoro inni członkowie Układu – Rosja i Białoruś – ochoczo sprzedają Azerbejdżanowi broń. Prezydent Gruzji Salome Zurabiszwili, która właśnie odbywała dwudniową wizytę w Armenii, wśród wielu ciepłych słów o współpracy i przyjaźni dała jasno do zrozumienia, że nie życzy sobie, aby regionalny konflikt w jakiś sposób zaszkodził Gruzji, a więc ogłosiła swoiste splendid isolation. Amerykanie krzywo patrzą na stosunki ormiańsko-irańskie i udział ormiańskich saperów oraz lekarzy w Syrii u boku Rosjan. Unia Europejska pogrążona jest w depresji, zresztą wsparcie unijne zazwyczaj ogranicza się do słów.

W efekcie wszystkim – wokół Armenii i w samej Armenii (i w Karabachu) – może się opłacać, aby Paszinjan jakoś „sprowokował” Alijewa do małej kilkudniowej wojenki i na niej się wyłożył i poległ (w sensie politycznym oczywiście). Wtedy wszystko wróciłoby do „normy”. Kto będzie płakał po Paszinjanie?

Czas biegnie. Premier Armenii ma jedno wyjście – podczas spotkania z Alijewem, gdy już do niego dojdzie, przekonać go osobiście najpierw do siebie, a potem do proponowanych rozwiązań. Mission impossible?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Jest pan zdaje się jednym z niewielu autorów, piszacych obiektywnie i z dystansem, o skomplikowanych relacjach pomiedzy krajami i grupami etnicznymi, tamtego regionu.

    Jak rozwiązać problem?
    Teoretycznie, mamy Kartę ONZ i prawo narodów do samostanowienia.
    W praktyce, ten mechanizm nie działa.
    O wszystkim decydują ludzie, wydający decyzje z za biurek stojących o tysiące kilometrów od problemu.
    Do tego, politycy Armenii i Azerbejdżanu sa zakładnikami własnych ekstremistów.
    Mogą się dogadać?
    Nawet gdyby, ich decyzje bedą wymagały zatwierdzenia przez parlamenty przepojone szowinizmem…..

  2. „A także rosyjskie czołgi, które są produkowane na eksport, bo armia rosyjska nie może sobie na nie pozwolić.”

    Ktory to czolg? Male panstweko moze sobie na ten czolg pozwolic za wijsko Federacji nie? Ktos Panu „sprzedal” watpliwej jakosci informacje.

    Regionalna geopolityka ma sie rownie dobrze jak swiatowa. Trudno sie dziwic, ze panstwa regionu promuja i bronia wlasnych interesow. Wojna zazwyczaj przebiega inaczej niz planowano. Watpliwym jest by wychodzac poza prezeniem muskulow, aktywne dzialania moglyby komukolwiek przyniesc korzysci – dawno juz zauwazono, ze najlepsze plany wojenne rozpadaja sie jak domek z kart wraz z pierwszym wystrzalem. Trzy dziesieciolecia pozniej spolecznosci regionu placa cene chaotycznego powstawania nowych panstw. Ciekawym jest jak ludzkosc nie ma ochoty uczyc sie na wlasnych bledach.

  3. To czołg T90 S – czyli wersja eksportowa najlepszego w tym momencie czołgu rosyjskiego (nie licząc T14 Armata). Rosyjska armia ma T90S (kontrakt z 2005 r. – zresztą zredukowany, bo zapowiadano większy zakup), ale teraz kupuje nie tę wersje, jest za droga, Rosjanie korzystają z tańszych maszyn o trochę gorszych parametrach.
    Małe państewko – budżet obronny Azerbejdżanu to ponad 3 miliardy dolarów (tyle w przybliżeniu wynosi cały (sic!) budżet Armenii). I mniej więcej trzykrotnie mniej niż wydaje całkiem spora Polska. Z tym, że Azerbejdżan chyba nie musi zbytnio łożyć na marynarkę. Ostatni duży kontrakt rosyjsko azerbejdżański opiewał na miliard dolarów (W sumie kupiono już broń za 5 miliardów dolarów od Rosjan, a Baku kupuje też od Białorusinów, Ukraińców i Izraela). Ormianie mają kontrakt z Rosją – o ile się nie mylę na jakieś 200 mln dolarów – z tym, że jest to rosyjski kredyt udzielony na 10 lat.

  4. Rzeczywiscie zakupy T90S przez wojsko Federacji byly male ale z bardzo wielu powodow, miedzy innymi technicznych, ktore wymagaly dodatkowych inwestycji przez producenta. Z tego co wiem, obecnie nastapi przezbrajanie na T – 14 Armata i zakupy T-90S zostaly wstrzymane. Zas czolgi pozostajace w sluzbie podlegaja ciaglej moderniczacji, co jest norma.
    Jak nie patrzec militarny potencjal Azerbejdzanu jest na miare malego panstwa.