Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Lawasz, kindzal i dywany - Kolejna witryna oparta na WordPressie Lawasz, kindzal i dywany - Kolejna witryna oparta na WordPressie Lawasz, kindzal i dywany - Kolejna witryna oparta na WordPressie

29.12.2018
sobota

Przyjaźń z Iranem w czasach Trumpa

29 grudnia 2018, sobota,

Administracja Donalda Trumpa niby rozumie specyficzne położenie Armenii, ale naciska na ten kraj w kwestii Iranu – to może albo bardzo zaszkodzić Nikolowi Paszinjanowi, albo pchnąć go w kierunku Rosji.

Dobre stosunki między chrześcijańską (z Kościołem wpisanym do konstytucji) Armenią a Islamską Republiką Iranu to jeden z geopolitycznych fenomenów (tak jak ścisła współpraca militarna muzułmańskiego Azerbejdżanu z Izraelem). Nie miejsce tu, by dokładnie wyjaśniać przyczyny tych relacji (Ormianie mają też wiele ciepłych słów dla władcy Syrii Asada). W każdym razie Armenia ma czterech sąsiadów – Gruzję, Turcję, Iran i Azerbejdżan. Ok. 80 proc. granicy przypada na Turcję i Azerbejdżan, jednocześnie jest to granica zamknięta (o ile nie stanowi de facto linii frontu). Jedyna linia kolejowa za granicę prowadzi do Gruzji, gdzie są dwa porty – w Batumi i Poti.

Z Iranem Armenia ma niewielki odcinek wspólnej granicy na południu, ale jest to odcinek kluczowy – jej okno na świat. W czasach wojny o Karabach, gdy Armenia była właściwie w blokadzie (a w Gruzji trwała wojna domowa), droga z Iranu do Armenii zwana była „drogą życia” – bo stamtąd szły transporty i towary pozwalające Ormianom przetrwać. Gdy znoszono sankcje przeciw Iranowi, w Armenii nie ukrywano radości, otwierały się bowiem możliwości większego handlu – wreszcie można by było choćby słać towary przez port irański Bender Abas. Zapowiadało się, że budowana droga z Iranu przez Armenię do Gruzji pełna będzie tirów wiozących towary tam i z powrotem, a wieczne marzenia o kolei Iran-Armenia staną się choć trochę bardziej realne (koszt w sumie niewielkiego odcinka to ponad 3 mld dol., głównie po stronie armeńskiej, gdzie trzeba by budować około stu kilometrów tuneli i blisko sto mostów).

Dziś w Armenii łatwo spotkać Persów – z niektórymi z nich zdarzało mi się rozmawiać. Mówili, że przyjeżdżają na naukę albo w interesach, na konferencje i staże. Nieoficjalnie wiadomo, że sporo Irańczyków wybiera się do Armenii, by poszaleć i zakosztować tego, co w ich kraju zabronione. Ormiańską społeczność widziałem zaś w Iranie – żyją tam od stuleci – i biorąc pod uwagę ogólną sytuację w kraju, nie jest im tam bardzo źle.

Nikol Paszinjan zapewniał niedawno po raz kolejny, że chce podtrzymywać dobre relacje z Teheranem. Poprzednie władze także próbowały wykorzystać to „okno na świat” dla poszerzenia sobie pola manewru zarówno w kwestiach politycznych, jak i gospodarczych. Oczywiście relacje maleńkiej Armenii i 80-milionowego Iranu nie mogą być równe. Iran, choćby z powodu sporej mniejszości azerskiej na swoim terytorium (mieszka ich tu więcej niż w samym Azerbejdżanie), musi utrzymywać odpowiednie relacje z Baku. Ale oczywiście istotniejsza jest „wielka gra”, której obecna partia rozgrywa się w Syrii oraz jako część konfliktu USA i Izrael vs Iran. Iran to potęga regionalna, która odgrywa rolę w polityce światowej, Armenia to mały kraj położony w niewielkim regionie na pograniczu cywilizacji.

Jak wiadomo, Trump próbuje doprowadzić do izolacji Iranu. Zmusza do tego kraje europejskie (o tym, że Europa powinna prowadzić własną politykę wobec Iranu, a nie słuchać jastrzębi z Waszyngtonu, pisałem swego czasu w „Plusie Minusie”), ale naciska także na pomniejsze kraje. W październiku doradca ds. bezpieczeństwa narodowego USA John R. Bolton wybrał się w podróż po krajach Południowego Kaukazu – jej celem było przekonanie Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu do antyirańskiej polityki.

Bolton wykazał się ignorancją wobec spraw regionu. Zwłaszcza w Armenii plótł trzy po trzy, proponując swoiste rozwiązanie konfliktu w Karabachu albo oferując sprzedaż amerykańskiej broni do Armenii – co nie byłoby może takie złe dla Ormian, gdyby nie oznaczało jednocześnie sprzedaży broni dla Azerbejdżanu, który może jej sobie kupić znacznie więcej (obecnie zgodnie z decyzją Kongresu USA nie mogą sprzedawać amerykańskiej broni żadnej ze stron konfliktu, zniesienie tego zakazu byłoby więc korzystniejsze dla Baku). Celem Boltona było przede wszystkim „przyciśnięcie” Iranu.

Jak sam przyznał, w związku z wprowadzanymi sankcjami granica armeńsko-irańska staje się ważnym problemem. Sama Armenia jest oczywiście niezbyt istotnym partnerem handlowym Persów, a sankcje w dużej mierze nie dotyczą sfer gospodarczej współpracy Armenia-Iran, która z punktu widzenia globalnych interesów, ale także zwykłego sąsiedztwa, to jakiś drobny handel (choć oba kraje prowadzą program „gaz za energię”, Iran przesyła do armeńskich elektrowni gaz, a stamtąd z powrotem płynie energia), ale Armenia mogłaby posłużyć Teheranowi do obchodzenia sankcji. Taką ofertę przecież złożył Iranowi rosyjski prezydent Władimir Putin, który ponoć zaoferował przetwarzanie irańskiej ropy. Armenia i Iran mają dwie specjalne strefy ekonomiczne – Iran chętnie widziałby tam zakład przetwórstwa ropy.

To, co mówił premierowi Armenii, Bolton powtórzył potem w wywiadzie dla Radio Free Europe/Radio Liberty, czyli na nasze Radio Wolna Europa/Radio Swoboda. Ignorując kompletnie wszelkie regionalne niuanse, Bolton radził mniej więcej tak: przyłączcie się do naszej polityki wobec Iranu. Owszem, stracicie na tym, ale dogadajcie się z Azerbejdżanem, wtedy otworzy się granica z tym krajem i z Turcją. No i nie będziecie się musieli przejmować, co tam w Gruzji i czy Rosjanie nie cisną Gruzinów. Proste? Proste! Że też na to nikt wcześniej nie wpadł…

Trzy tygodnie po Boltonie na Kaukaz Południowy wybrali się eksperci departamentu stanu i departamentu skarbu, żeby mniej więcej powtórzyć słowa Boltona. Taki najazd ważnych postaci z USA rzadko zdarza się w tym, bądź co bądź, prowincjonalnym regionie świata.

Paszinjan powtórzył po raz kolejny Amerykanom, że Armenia uważa swoje relacje z Iranem za ważne i nie widzi potrzeby ich zmian. Jeśli Amerykanie będą dociskać – choć część ekspertów uważa, że USA będą przymykać oko na współpracę Armenii z Iranem – droga Armenii do współpracy z Zachodem może zostać utrudniona. I wielkie marzenia Ormian o reformach mogą zostać przekreślone. Erywań i tak zapewnia, że nie zamierza się ubiegać o członkostwo ani w NATO, ani w UE, niemniej bardzo zależy mu na budowaniu dobrych relacji z Zachodem, by pozyskać inwestycje, kredyty i programy pomocowe. Ale także – choć nie mówi się o tym głośno – zyskać jakieś pole manewru, jakąś alternatywę dla relacji z Rosją.

Bezpardonowa polityka USA może zaszkodzić tej delikatnej grze Paszinjana, bo, zgódźmy się bez zgody USA i w oparciu o samą Europę, trudno taką grę prowadzić. Co wtedy? Armenia nie będzie miała wyjścia – jeszcze bardziej włączy się w integracyjne projekty Putina. A Iran ma już podpisane w maju tego roku tymczasowe porozumienie z krajami Unii Euroazjatyckiej (w skład której wchodzi Armenia) liberalizujące wzajemny handel, a mowa o pogłębianiu współpracy handlowej. Takie porozumienia mogą okazać się korzystne dla Armenii.

Paszinjan nie jest przecież głupi – wie, gdzie leży źródło innowacji, dobrego prawa, zdrowej konkurencji i wolnego handlu, ale jeśli definitywnie zamknie mu się drogę w tym kierunku, cóż będzie mógł zrobić? Przecież nie postawi, jak swego czasu Micheil Saakaszwili, wszystkiego na jedną kartę i nie rzuci się w objęcia Zachodu, który wcale sobie tego nie życzył. Lider Armenii naprawdę stąpa po kruchym lodzie, każdy fałszywy ruch może go – i jego kraj – sporo kosztować.

Tam, gdzie drwa robią, wióry lecą – mała Armenia może stać się ofiarą rozgrywek większych graczy.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Jeden z nielicznych rozsadnych artykulow o sprawach III swiata w tym rowniez Iranu i jednoczesnie o zenujacych koncepcjach politykow i polityki Stanow Zjednoczonych.

    ” Owszem, stracicie na tym,…”

    Nie wiem czy jest to interpretacja Autora czy tez rzeczywiste slowa Boltona, niemniej politycy Armenii popelniliby tragiczny blad przystajac na propozycje amerykanskie.

  2. Dzien dobry. To moja interpetacja, ale wydaje mi się oczywista. Bolton wie, ze zamykając się na Iran Armenia straci, więc w zamian doradza jej
    dogadanie się z Azerbejdżanem – „tak aby obie strony były zadowolone” – i w wtedy jako rekompensata otworzą się granice Azerbejdżańska i Turecka.
    Jednym słowem w imię sankcji (które dziś są, ale może kiedyś znów zostaną zniesione) Armenia miałaby przeorientować całą swoją politykę, którą prowadzi od czasu uzyskania niepodległości i które w jakimś sensie jest jednym z fundamentów państwa. „Tak aby obie strony były zadowolone” – oznacza pewnie jakieś terytorialne ustępstwa ze strony Erywania. Życzę Armenii, Azerbejdżanowi i Turcji aby kiedyś przejścia graniczne zostały otwarte – ale takie porozumienie na potrzeby USA – po pierwsze napotkałoby na opór wielu środowisk po każdej stronie czyli komplikacje w wewnętrznej polityce, po drugie – papier zawsze można podpisać, ale po tylu dziesięcioleciach (a w przypadku Turcji ponad stuleciu) skrajnej wrogości porozumienie między przywódcami nie zaowocuje nagle przyjaźnią, współpracą, ożywioną wymianą handlową itp., która rekompensowałaby odżegnanie się od współpracy z Iranem.

  3. Przyjaźń z Iranem? Tak, ale nie z ajatollahami.

  4. Nie miejsce tu na rozpisywanie się o polityce USA. Należy jednak zauważyć, że imperium Stanów Zjednoczonych weszło w stadium schyłkowe, a więc, patrząc przyszłościowo, wiązanie się z nim nie jest dobrym rozwiązaniem. Zwłaszcza biorąc pod uwagę skrajną głupotę i katastrofalne skutki amerykańskich interwencji w regionie.
    Armenia leży pomiędzy azerskim młotem i tureckim kowadłem i jej bezpieczeństwo, o ile nie samo istnienie, opiera się na Rosji. Stare przysłowie słusznie zaleca znajdowanie sobie wrogów daleko, a przyjaciół blisko.
    Moim zdaniem więc, zarówno ze względów historycznych, jak i geopolitycznych, w interesie Armenii należy trzymanie się dotychczasowego układu, a nie liczenie na waszyngtońskie gruszki na wierzbie. Szanse na to, że Turcja, coraz bardziej zresztą niezależna od Waszyngtonu, zmieni swe nastawienie wobec ludobójstwa Ormian – co jest podstawowym warunkiem normalizacji stosunków z Armenią, i/lub zlekceważy apetyty swych azerskich pobratymców, są zerowe.

    Spotkałem w Jerewaniu liczną rodzinę bardzo przyjaznych Irańczyków (nocowaliśmy u nich z żoną), właścicieli małej firmy import-eksport z Iranem, mimo sankcji. W Iranie jest spora i znacząca mniejszość ormiańska, od Dżolfy w Isfahanie do Tabrizu. Uważam, że takie więzy mają większe znaczenie niż bełkot Bolton’a i jego kolegów.