Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Lawasz, kindzal i dywany - Kolejna witryna oparta na WordPressie Lawasz, kindzal i dywany - Kolejna witryna oparta na WordPressie Lawasz, kindzal i dywany - Kolejna witryna oparta na WordPressie
Paszynjan

27.11.2018
wtorek

Azowska lekcja dla Armenii

27 listopada 2018, wtorek,

Gdy oczy wszystkich zwrócone są teraz na Morze Azowskie i konflikt ukraińsko-rosyjski, wyborcza kampania w Armenii rusza na dobre. Przedterminowe wybory do parlamentu mają odbyć się tam 9 grudnia, tydzień wcześniej swojego prezydenta (lub panią prezydent) wybiorą Gruzini w drugiej turze. Na Kaukazie Południowym też bardzo uważnie wszyscy przyglądają się temu, co dzieje się na Morzu Azowskim i jakie to będzie miało dla ich regionu konsekwencje.

Przypomnijmy: wiosną tego roku miała miejsce w Armenii rewolucja. Dała ona fotel premiera Nikolowi Paszynjanowi, parlament jednak pozostał pod kontrolą dotychczas rządzącej Republikańskiej Partii Armenii i ludzi, którzy krajem rządzili przez ostatnie 20 lat. Szczęśliwie dla Paszynjana wcześniejsze dłubanie w konstytucji „pod siebie”, które uskuteczniał niedawny prezydent Serż Sargsjan (chciał się przesiąść z fotela prezydenta w fotel premiera), dały premierowi spore pełnomocnictwa. Tak jednak na dłuższą metę krajem rządzić się nie dało. Żeby stanowić nowe prawo, potrzebna jest większość w parlamencie.

Paszynjan parł do wcześniejszych wyborów, które dadzą mu tę większość w parlamencie. Liczył się też czas, z każdym miesiącem rewolucyjny zapał mógł bowiem gasnąć, a zwłaszcza w zimie, która tradycyjnie w tym regionie jest trudnym wyzwaniem dla państwa i jego instytucji (zwłaszcza tych, które mają zapewnić ciepło w domach). 9 grudnia ugrupowanie Mój Krok Paszynjana, jak wszystko na to wskazuje, wygra te wybory. Pytanie o skalę tego zwycięstwa pozostaje jednak otwarte. Gdy we wrześniu odbyły się wybory na mera Erywania (prawie połowa elektoratu mieszka w stolicy), nie było to zwykłe zwycięstwo, ale prawdziwy nokaut. Ludzie Paszynjana wzięli szturmem władzę w mieście. Niemniej wybory parlamentarne mogą przynieść kilka niespodzianek.

Swoją drogą to dobrze świadczy o Gruzji i Armenii, że wyniki wyborów pozostają nieznane do dnia głosowania. Jeśli nawet w Armenii zwycięstwo Paszynjana wydaje się oczywiste, to ze względu na rzeczywiste poparcie dla niego, a nie ze względu na wysiłki adminresursu.

Jednym z elementów kampanii w Gruzji i Armenii jest stosunek do Rosji i to, jak wybory wpłyną na relacje kraju z Kremlem.

Paszynjan, gdy szedł po władzę (dosłownie szedł, bo jego rewolucja zaczęła się od marszu po kraju), miał opinię polityka antyrosyjskiego. Z chwilą objęcia rządów wizerunek ten uległ korekcie. Już jako premier często spotykał się z Putinem albo rozmawiał z nim przez telefon. Jest bowiem oczywiste – ale dla Polaków wciąż zaskakujące – że polityk jawnie antyrosyjski nie odniesie w Armenii sukcesu. Możemy zmienić władze, ale nie zmienimy położenia geograficznego – często słyszałem te słowa niedawno w Armenii. Zapewniano mnie, że Ormianie uważnie przyglądali się lekcjom geopolityki, jakich Rosja udzieliła Ukraińcom.

Dylemat, przed jakim staje Paszynjan, brzmi: jak zreformować kraj i nie wkurzyć Putina? Paszynjan robi wiele dla obłaskawienia Niedźwiedzia z Północy. Zapewnia, że rewolucja była po to, by posprzątać na własnym podwórku, wysłał wojska do Syrii (choć tylko saperów i lekarzy), żeby Kreml mógł mówić, że działa tam w ramach międzynarodowej koalicji, wpuścił rosyjskich ekspertów do amerykańskiego laboratorium (USA zbudowały w różnych rejonach świata takie laboratoria, by monitorowały rozprzestrzenianie się chorób, ale Rosjanie podejrzewali, że bada się tam broń biologiczną – cóż, ten typ tak ma…) itp. Itd.

Wszystko to po to, by Putin nie zdenerwował się na Ormian. W Erywaniu nikt nie ma wątpliwości, że utrata przez Gruzję Osetii Południowej i Abchazji, a przez Ukrainę Krymu i części Donbasu (a teraz prawdopodobnie Morza Azowskiego – jeśli Rosja tylko na tym poprzestanie) to kara za prozachodni kurs obrany przez te kraje po kolorowych rewolucjach. Dlatego Ormianie wolą mówić o rewolucji aksamitnej, a nie kolorowej, i zapewniają, że Armenia nie zmienia wektorów polityki zagranicznej.

Paszynjan zapewnia, że chce tylko zrobić porządek z korupcją, zaprowadzić rządy prawa i pełną demokrację, ale żadne z jego działań nie jest wymierzone w Rosję. Problem w tym, że w takim zamierzeniu kryje się sprzeczność. Rosjanie bowiem nie chcą i nie potrafią funkcjonować bez korupcji i w ramach rządów prawa. Armenia jest mała i biedna, ale kilka rosyjskich (i ormiańskich) fortun powstało dzięki de facto skolonizowaniu tego państwa.

Czy więc Paszynjan zdoła spełnić swoje obietnice? Pomijam sugestie, że on sam jest rosyjskim agentem, a cała rewolucja to fake wymyślony, by rozładować społeczne niezadowolenie. W lecie na chwilę aresztowany został były prezydent Robert Koczarjan, który – jak powszechnie się sądzi – ma sporo krwi na rękach. Natychmiast wstawił się za nim Kreml. Putin nawet zadzwonił w jego urodziny z życzeniami, co podano do wiadomości, aby wszyscy zrozumieli polityczne znaczenie tych życzeń.

Jak więc oczyścić stajnie Augiasza i nie narazić się temu, przez kogo są takie brudne?

A Armenia ma swój Krym, swoją Abchazję, swoje Morze Azowskie – to Górski Karabach. Teren sporny z Azerbejdżanem, formalnie nieuznane państwo, a po prawdzie w pełni zintegrowane z Armenią od czasu zwycięskiej dla Ormian wojny w latach 90. Co dzień dochodzi tam do strzelaniny. Giną ludzie. Iskra wystarczy, by wybuchł konflikt w pełnej skali. Rosja chętnie wkroczy tam jako rozjemca i… już nie wyjdzie. Wszak doskwiera jej brak licznych baz wojskowych na Południowym Kaukazie (nie licząc bazy w armeńskim Giumri). Stamtąd wszak bliżej na Bliski Wschód. Azerbejdżan tylko czeka na zielone światło do walki.

To musi być okropne, gdy twoim największym, a w sprawach twardego bezpieczeństwa jedynym sojusznikiem jest państwo, które jednocześnie jest olbrzymim zagrożeniem – a tak właśnie ma Armenia z Rosją. Rosja pilnuje granic Armenii, a jednocześnie sprzedaje broń do Azerbejdżanu.

O tym wszystkim muszą myśleć Ormianie, musi myśleć Paszynjan (który pełni obowiązki premiera, choć na czas kampanii wziął urlop). Gdy dowiaduje się, że Ukraińcy ogłaszają stan wojenny, zastanawia się może, czy i jego nie czekają podobne decyzje? A może na razie oddycha z ulgą – bo wielki „sojusznik” z Północy, na razie zajęty Ukrainą, nie będzie mu zanadto „pomagał”?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Rosjanie bowiem nie chcą i nie potrafią funkcjonować bez korupcji i w ramach rządów prawa.

    Trzeba przyznać, że dyscyplina dziennikarzy „Polityki” jest wzorowa! Wszyscy posłusznie, z przekonania czy za wierszówki, zgodnym chórem ujadają na Rosję. Linii wytycznej trzymają się jak ongiś w „Trybunie Ludu”, tylko „wróg” się zmienił. Nawet do artykułu o szczepionkach wtyka się „kremlowskie trolle”.

    Armenia jest małym i biednym krajem pomiędzy tureckim młotem i azerskim kowadłem i Rosja jest dla niej jedyną i niezbędną gwarancją bezpieczeństwa. Co zaś do rosyjskiej korupcji i rządów prawa, nie wypadają one tak najgorzej w porównaniu z RP, że nie wspomnieć już USA.